Malcolm Gladwell mix
1.
„Co widział pies i inne przygody”. W natłoku informacji, teorii, doniesień o „przełomowych” eksperymentach może pojawić się w naszej głowie myśl – i bywa, że zjawia się – sugerująca, że jest już na świecie dość wiedzy, byśmy mogli zweryfikować swoje poglądy na wiele spraw, łącznie z niektórymi podstawowymi. Trzeba tylko połączyć odległe czasem teorie, stworzyć jedną, nadrzędną – i obejrzeć w jej świetle to, co dzieje się wokół nas. Wydaje się to skomplikowane, starczy jednak, że na horyzoncie błyśnie nieoczekiwanie ktoś taki, jak Malcolm Gladwell – syn Jamajki i Brytyjczyka, urodzony w Toronto, a piszący do „New Yorkera”. Starczy, że pojawi się ktoś, kto wyczuwając zmianę paradygmatów, umie wychwycić ją i zaprezentować w przystępny sposób – wtedy wiemy już, że intuicja nas nie zawiodła i że naprawdę dość jest teorii, które wykorzystane wspólne mogą ukazać nam świat, jakiego nie znamy. Gladwell przy tym nie przecenia swojej roli, ale też nie umniejsza. Wie, że jest przede wszystkim kompilatorem, brokerem idei, potrafiącym elegancko łączyć zdobycze psychologii, ekonomii, socjologii, oraz każdej doktryny czy teorii, jaka pomaga stworzyć coś doskonalszego od tego, co jest. Przeciwnicy zarzucają mu, że więcej w jego pomysłach błyskotliwości niż udokumentowanej wiedzy. Ale czy nie tego oczekujemy dziś od myśliciela? Czytaj dalej »
Excalibur jest mitem, Szczerbiec faktem – kiepski marketing mamy, ot co! (Z Tomaszem Bochińskim rozmawia Jakub Winiarski)
Jakub Winiarski: Tomku, jak długo trwa twoja przygoda z fantastyką? Jak to się dla ciebie zaczęło?
Tomasz Bochiński: Zaczęło sie dawno, tak dawno, że na świecie z pewnością wciąż harcowały mamuty. A serio było to jeszcze przed lądowaniem ludzi na Księżycu. Miałem lat dziewięć a Ojciec, który był uwielbiał fantastykę, na moje nagabywania o ilustracje w jednym opasłym tomisku wreszcie polecił mi, bym sam sprawdził, jak to się dzieje, że „ta pani lata w kosmosie bez rakiety”. Sprawdziłem. Dotąd czytałem wyłącznie książeczki z serii: „Poczytaj mi Mamo”, teraz pochłonąłem prawie półtora tysiąca stron trylogii Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki. I od tamtej pory zostałem skazany na fantastykę. Dalsza część przygody nastąpiła rok później gdy po lekturze opowiadań Lema „Albatros” i „Terminus’ postanowiłem też napisać opowieść przedstawiającą mroczne przygody astronautów. A potem już poszło z górki. Drobne dziesięć tysięcy stron zapisane i trzecia nagroda PSMF w konkursie literackim, w którym brało udział dwustu autorów. I wreszcie debiut w TS „Politechnik” w roku 1985 dzięki Maćkowi Parowskiemu. To już ćwierć wieku.
J.W.: Czy jakieś wydarzenie w ciągu tego ćwierćwiecza było przełomowe, najistotniejsze z perspektywy czasu? Czytaj dalej »
Byłem smutnym bucem (Rozmowa z Łukaszem Orbitowskim)
Jakub Winiarski: Wydajesz się być zapracowany. A jeszcze wziąłeś sobie na kark pisanie powieści w odcinkach. Skąd pomysł na „Warszawiaków”? I czemu dajesz to na stronę „Ha!artu”, a nie do zwykłej gazety?
Łukasz Orbitowski: Nie przesadzajmy z tym zapracowaniem, nie piszę po godzinach, to moje główne zajęcie i bardzo się pilnuję, żeby mieć oddech, ale i znaleźć czas na rzeczy różne. „Warszawiacy” chodzą mi po głowie gdzieś tak rok z kawałkiem, tylko nie miałem pojęcia co z tym zrobić, jak ugryźć ten pomysł. Bo na normalną powieść, nie bardzo, nie czułbym takiego pisania. Więc ta idea leżała w towarzystwie innych, które leżą sobie dalej. Zdarzyła się okazja, konkretnie miała twarz Piotrka Mareckiego z Ha!artu i przyniosła też ze sobą portfel, który zaraz zabrałem. Musiałem tylko wymyślić jakiś tytuł i znów chyba wyszło. Wracałem sobie do domu i jak głupi powtarzałem pod nosem „Warszawiacy”, „Warszawiacy”, cały zadowolony. Ha!art dał pewność, że rzecz zostanie doprowadzona do końca. Wiesz, z gazetami bywa różnie. Trzeba sprofilować numer, wejdą jakieś reklamy i książkę zdejmujemy. Takie jest życie, nie ma co się złościć, zresztą, żaden dziennik, tygodnik nie zameldował się u mnie. Ta sytuacja zresztą dość dobrze oddaje mój sposób pracy. Nie szukam, nie kombinuję. Życie przynosi pomysły, jak i zatrudnienie. Czytaj dalej »
Pisanie, seks i polityka (Reinaldo Arenas, „Zanim zapadnie noc. Autobiografia”)

Kubański pisarz, dysydent i homoseksualista, Reinaldo Arenas, kiedy dowiedział się, że umiera na AIDS, postanowił nagrywać swoje wspomnienia na taśmy, oddawać je przyjacielowi do przepisania i w ten sposób opowiedzieć raz jeszcze o wszystkim, co zapamiętał i co wydało mu się choć trochę ważne. Czytaj dalej »
Boże, to będzie jazda! (rozmowa z Mają Lidią Kossakowską)
Jakub Winiarski: Namalowałaś ostatnio jakiś obraz? Jaka była, jeśli można spytać, jego tematyka?
Maja Lidia Kossakowska: Ostatnio wreszcie zabrałam się za rozrysowanie talii kart wróżebnych. Posługuję się kilkanaście lat wersją szkicową i ciągle sobie obiecuję, że pewnego dnia nadam im nową, bardziej dopracowaną szatę graficzną. Może w końcu mi się to uda, chociaż zaprojektowanie i wykonanie czterdziestu dwóch plansz, a może i opracowanie jakiejś koszulki, wymaga mnóstwa czasu. A tego mi wiecznie brakuje.
J.W.: Masz na myśli karty do tarota? Korzystasz z tarotowych podpowiedzi? Czytaj dalej »
Poradnik pisarski: Sztuka dekorowania wnętrz
1.
Ken Follet w wywiadzie „Im groźniej, tym lepiej”, na pytanie „Frankfurter Rundschau” o tę własną książkę, która najlepiej nadawałby się do ekranizacji, odpowiedział bez chwili wahania: „Zamieć” – bo głównym bohaterem w gruncie rzeczy jest tu dom. Domy znakomicie oswajają widzów z akcją. Ich architektura jest jak system nerwowy, ich pokoje są jak narządy wewnętrzne. Tam po prostu jest życie. („FR” z dn. 24.01.2010, przedruk: „Forum” 8/2010.) Zdanie o architekturze będącej „jak system nerwowy” i pokojach „jak narządy wewnętrzne”, wygląda na pierwszy rzut oka niby metafora tyleż efektowna, co wydumana. Ale to tylko – na pierwszy rzut oka. W istocie Follet mówi o dobrym umiejscowieniu akcji i wszystkim tym, co nazwać trzeba dekoracjami, więcej niż setki stron podręczników kreatywnego pisania. Przede wszystkim: to wielka prawda, że domy znakomicie oswajają z akcją. To prawda, której potwierdzeniem może być choćby fenomen ekranizacji książek Iry Levina. Powieści takich, jak „Dziecko Rosemary” czy Sliver”, w których domy właśnie, Bramford i Sliver, są bohaterami, a nie tylko miejscem akcji, nie można sobie wręcz wyobrazić bez kunsztownych, zegarmistrzowskich, jak je nazywa Stephen King, mający wielki szacunek dla Iry Levina, opisów. Czytaj dalej »
Ajvaz osobny, Ajvaz niezwykły (Michal Ajvaz, „Morderstwo w hotelu Intercontinental. Powrót starego warana. Inne miasto.”)
„Schulzowską osobność, wspartą równie świetnym umysłem i iście wizjonerską filozofią literatury, posiada czeski pisarz Michal Ajvaz. Z całym naciskiem powiadam, że Ajvaz to najwybitniejszy obecnie pisarz Europy Środkowej”. Czytaj dalej »
O Japonii (Nicolas Bouvier, „Pustka i pełnia. Zapiski z Japonii 1964-1970”)
Odtworzony z papierów pośmiertnych Bouviera tom zapisków z Japonii „Pustka i pełnia” to nie tyle dziennik podróży, co zbiór błyskotliwych spostrzeżeń i wnikliwie podpatrzonych scen z życia Japonii, wzbogaconych o antropologiczną, historyczną, a czasem też filozoficzną i religioznawczą refleksję autora. Czytaj dalej »
Bez intrygi ani rusz (Peter von Matt, „Intryga. Teoria i praktyka podstępu w literaturze”)

„Trzonem wszelkiej literatury – pisze Peter von Matt na początku swojego pełnego literackich odniesień i aluzji, erudycyjnego eseju na temat intrygi w literaturze – jest akcja, action w jak najbardziej hollywoodzkim wydaniu. Czytaj dalej »
