Wehikuł smutku i oświecenia (Charles Yu, „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie”)

Autor admin


1.
Podróże w czasie. Odkąd ukazał się rewelacyjny „Wehikuł czasu” Herberta G. Wellsa napisano na ich temat tak wiele powieści i opowiadań, niekiedy naprawdę imponujących rozmachem intelektualnym i wizjonerstwem, że mogłoby się wydawać, iż topos ten został doszczętnie wyeksploatowany i każda kolejna literacka wyprawa w te rejony zakończyć się musi fiaskiem. Chyba że, jak Tom Holt potraktuje się temat żartobliwie. Ale napisać powieść poruszającą ten temat w sposób odkrywczy do tego stopnia, że krytycy niemal zgodnym chórem okrzykną jej autora znakomitością? O tym można było jedynie marzyć. Czytaj dalej »

Fuckability 800+ (Gary Shteyngart, „Supersmutna i prawdziwa historia miłosna”)

Autor admin


1.
Chcecie poznać Wendy, którą w kiblu Pat Alvarez i trzech jego kumpli pieprzyło w dupę i spuszczało się jej na twarz? Wszystko oczywiście nagrywali, a następnego dnia wrzucili to do GlobalTeens. Nie zgadniecie, jakie oceny dostała. Osobowość 764, Fuckability 800+. „Czy ci LUDZIE są kompletnie pojebani, ja już nie wiem!” pisze Euni-Sruni do koleżanki o nicku Grillbitch. Też nie wiem, jacy są naprawdę ludzie z tego przyszłego świata. Wendy to tylko przerywnik, jedna z tysiąca historii. Wiem jednak, że po trzecią powieść Gary’ego Shteyngarta trzeba sięgnąć konieczne. Czytaj dalej »

Gospodarz komentarza czuwa!

Autor admin
Dariusz Nowacki o „Loqueli”, fragment recenzji

 W rozdziale piętnastym debiutanckiej powieści Jakuba Winiarskiego pojawia się nagle… Jakub Winiarski. Ni stąd, ni zowąd ucina sobie pogawędkę z trzema mistykami, o których będzie tu jeszcze mowa. Jeden z nich pyta: „No a o czym teraz piszesz, Jakub?”, na co ten grzecznie odpowiada: „O mężczyźnie, który zakochał się we śnie i próbuje opisać, co widział. Wymyślam mu sny, choroby, sny w snach, oniryczne przygody… Bawi mnie jego niewiedza. Czasem każę spotkać mu się w myślach z wami… Bez urazy, to taki żart… W ogóle najzabawniejsze jest to, że jemu się ciągle zdaje, że notuje to, co sam przeżył, przeczytał lub wyśnił. A potem bardzo się dziwi, bo czasem mieszam mu wszystko, przestawiam daty wydarzeń, z rozpaczy wrzucam go w radość… I każę mu znowu notować, słyszeć głosy i mówić do siebie… Już mówiłem, to zabawa snami… Dałem mu nawet przebłysk wiedzy o moim istnieniu…” (s. 118).
Wydawać by się mogło, że oto mamy autorską wykładnię przedsięwzięcia pisarskiego zatytułowanego Loquela, że to rodzaj odautorskiego streszczenia bądź fragment sformułowanej z myślą o czytelnikach instrukcji obsługi. Tymczasem sprawa jest bardziej skomplikowana, zwłaszcza w świetle tego, co znalazło się w cząstce powieści nazwanej Przedmowa. Tam bowiem (w Przedmowie) pojawia się figura Jakuba Winiarskiego jako element aż potrójnego zaprzeczenia autorstwa. Okazuje się, że „zabawę snami” wymyślił niejaki Tomasz Vremd, który przekazał zapis magnetofonowy owej „zabawy” wraz z oprzyrządowaniem (notatki, wypisy) swemu bratu, Norbertowi, by ten w tekst pisany przesyłkę zmienił, po czym ów Tomasz po prostu „zniknął” (s. 9). Norbert z kolei, zrealizowawszy misję, zanotował: „Nic nie wiem o Jakubie Winiarskim, to chyba taka sztuczka Tomasza, który kazał właśnie to nazwisko umieścić na okładce. To tekst Tomasza, nie mój, do niego więc niech mają swoje pretensje krytycy i literaturoznawcy” (s. 10). Rzecz w tym, że to jednak nie jest „tekst Tomasza”, lecz postaci, która bawi się jego snami. W powieści postać ta została obsadzona w roli trzecioosobowego narratora. Jak to wszystko rozumieć?
Ano można rozumieć najprościej – że to do cna zużyty chwyt powieściowy, ot, prastara gra literacka. Wymyślona i żywa dawno temu, dziś robi oczywiście za afunkcjonalną w gruncie rzeczy ozdóbkę, jest przejawem pisarskiego mizdrzenia się, kwiatkiem u kożucha, gadżetem. Ale można te dwie sprawy połączyć: wielopiętrowe zaprzeczenie autorstwa z autorską interwencją. Wyobrażam to sobie tak, iż ów Jakub Winiarski z XV rozdziału powieści chce się przedstawić jako – jeśli wolno tak powiedzieć – gospodarz komentarza, jako ten, który obficie i na różne sposoby glosuje rozwijaną w Loqueli opowieść. A jeśli mój domysł jest słuszny, znaczyć to może, iż z osobliwą odmianą paktu autobiograficznego mamy tu do czynienia. Powieściowy Jakub Winiarski chce istnieć poza fabułą, ale nie poza narracją. Pragnie nas przekonać, że nic go nie łączy z głównym bohaterem (Tomasz), ma za to wiele wspólnego z narratorem, który z boku przygląda się perypetiom postaci, perypetie te komentuje, dołącza do nich cytaty zaczerpnięte z mądrych ksiąg poetów, mistyków i innych specjalistów od dyskursu miłosnego, wstawia przypisy, poucza, a nade wszystko przerabia tę do bólu banalną historyjkę miłosną na kosmiczny dramat. Nie Jakub Winiarski zatem doświadcza mąk Erosa, jego miłość nie dotyczy, za to zna się on doskonale na rzeczy. Jest jak ksiądz katolicki – choć sam miłości cielesnej nie praktykuje, biegły jest niesłychanie jako ekspert prowadzący nauki przedmałżeńskie.
Należy docenić spryt pisarski autora (którego od tego momentu będę nazywał po prostu Jakubem Winiarskim, tym z okładki, rzecz jasna). Nieźle to wykombinował.

Recenzja opublikowana w FA-arcie (2/2004)

Sceptyczna emfaza

Autor admin

Marcin Pietrzak o „Loqueli”, fragment recenzji

 Wracając do punktu wyjścia, do mało odkrywczego (acz właściwie obrazującego zamysł warszawskiego prozaika) obrazu wyeksploatowanej kopalni, jak mniemam Winiarskiemu wcale nie o próbę opisania rzeczywistych emocji chodziło, bo z tych pokładów nic się już nie wydobędzie, ale o zobrazowanie nieadekwatności słów w stosunku do przeżyć, o podkopanie samego miłosnego dyskursu. Słowa nie obsługują uczuć, nie są ich substytutem, są takim ich objawem, na podstawie którego trudno wyrokować o faktycznych przyczynach choroby opętanego podmiotu. Słowa służą manipulacji, stanowią poręczne narzędzie miłosnych tortur. Ponieważ jednak literatura nie jest od faktów, więc z diagnozami Winiarskiego należałoby sie zgodzić. Taka jest jej natura: „Dlatego nie może być to [...] mój autentyczny pamiętnik, a tylko galeria szeptów. Jedynie ogrody formy, muzeum widm i przypuszczeń, stworzonych w tych wspólnych godzinach…” (s.57). Te słowa Tomasza dobrze oddają sceptycyzm Winiarskiego. Ja chciałbym zaś na koniec wyrazić swój autentyczny, acz ostrożny entuzjazm, co do prozatorskiego debiutu Winiarskiego.

Recenzja opublikowana w Bulionie (3/2005)

Walka Jakuba z Izajaszem Aniołem

Autor admin

Radosław Wiśniewski o „Kronice widzeń złudnych”, fragment recenzji)

 Wśród licznych interpretacji powieści Winiarskiego jest zapewne możliwe także i takie, które podejmuje wątek meta-literacki napięć pomiędzy metodami twórczymi, jakimi pisana jest książka. A owe napięcie to rozdarcie pomiędzy typem ekspresji prozy i poezji, metafory i narracji. Gdyby uznać w uproszczeniu poezję za domenę ekspresji żywiołowej, intuicyjnej, emocjonalnej, szalonej, a prozę za sferę aktywności naznaczoną w znacznie większym stopniu racjonalnym namysłem – to owo napięcie między szaleństwem (poezją) a wyrachowaniem (prozą) na poziomie meta-literackim stałoby się głównym dramatem „Kroniki widzeń złudnych” rozgrywanym i nie rozwiązywalnym. „Kronika …” byłaby – przyjmując ten punkt widzenia – nierówną walką pomiędzy racjonalnym Jakubem i rozlicznymi fantomami jego odszczepionych osobowości a wśród nich – potężnym Izajaszem Aniołem, który jak wspomniałem, wymknął się spod kontroli narratorowi (jak to Jurodiwy) i przerósł swoim szaleństwem wszystkich innych jakubowych fantomasów i fantomaski o głowę. Co więcej, nadal swoją wyrazistością przerasta wiele znanych postaci z czytanych ostatnio polskich powieści.
W tym starciu racjonalny Jakub przegrał z szalonym Izajaszem i z tego być może wynikają drobne potknięcia, niedoskonałości jakubowej prozy. Jeżeli tak było w istocie – to będąc na miejscu autora wcale bym tej przegranej nie żałował tylko zabierał się do napisania ciągu dalszego dziejów Izajasza i jego dzieci.

Recenzja opublikowana w Dekadzie Literackiej (5/2005)

Nieludzkie w ludzkie

Autor admin

Dariusz Nowacki o „Kronice widzeń złudnych”, fragment recenzji

 W odautorskim posłowiu Jakub Winiarski powtórzył za Paulem Valery, że nie ma pisarzy oryginalnych, są natomiast pisarze, którzy udają oryginalnych. To, co pokazał autor w dwu swoich powieściach opublikowanych w roku 2004, a więc w Loqueli i Kronice widzeń złudnych, pozwala odrobinę zmodyfikować aforyzm Valery’ego. W zmienionej postaci brzmiałby on mniej więcej tak: nie ma pisarzy oryginalnych, są natomiast pisarze, którzy tak bardzo pragną oryginalności, że ostatecznie stają się pisarzami oryginalnymi. Kimś takim według mnie jest, czy raczej stał się, Jakub Winiarski. Czy ktoś jeszcze tak pisze? Czy ktoś jeszcze chce od literatury niemożliwego? Nieludzka jest proza Winiarskiego, nie do wytrzymania. Toteż złośliwość, jaką sformułował Mieczysław Orski w omówieniu Kroniki widzeń złudnych („Nowe Książki” 2005, nr 2), wydaje sie do pewnego stopnia uprawniona. Orski napisał bowiem, że w powieści tej „opowiada się o współczesnej Polsce tak, jakby to robił Musil posiłkując się językiem Goethego”. Pomijając drobne przekłamanie (w Kronice… nie opowiada się o Polsce współczesnej), można by powiedzieć, że coś w tym jest. Coś nieludzkiego. Dziś przecież takich powieści się nie pisze. Konkretnie – jakich? Ano powieści – cudzysłów konieczny – „encyklopedycznych”, przeładowanych wiedzą, obliczonych na wypowiedzenie i przedyskutowanie „wszystkiego”, powieści, które przypominają wielkie machiny wycelowane w kosmos. Ta gra o najwyższą stawkę robi wrażenie, przynajmniej na piszącym te słowa.

Recenzja opublikowana w FA-arcie (3-4/2004)

Jawa, oniria, mistyka i światy równoległe

Autor admin

Tamara Hebes o „Loqueli”, fragment recenzji

Dzień zapowiadał się ciężki, jeden z tych, które łączą tajemnice ludzi z tajemnicami ziemi, kryjącej i pochłaniającej martwych. Dzień, kiedy sekrety kobiet i mężczyzn mieszają się z sekretami nieba otwartego nad ich głowami dla myśli o nieskończoności, a spajające ich dusze pragnienia ciał upodabniają się do pragnień ognia, liżącego przedmioty na jego drodze. Po takim dniu noc to niespokojny mistrz, mieszający tęsknoty dusz z tęsknotami wody omywającej ciało. Tego rodzaju fraz jest w „Loqueli” mnóstwo, właściwie cała książka upleciona jest z podobnie skonstruowanych kawałków, napisana jest językiem niezwykle poetyckim, bo trudno pisać „prostym językiem” o rzeczach wymykających się racjonalności. Tej książki się nie czyta, ale odkrywa. Zdanie po zdaniu, powoli i z filozoficznym namysłem czytelnik (odkrywca) poznaje swoje miejsce w świecie, spostrzega jego złożoność, a wszelkie płaszczyzny ukazują się jako figury przestrzenne. I w samym środku tych metafizycznych zawirowań umieszczona jest miłość, czynnik, który decyduje o „byciu” Tomasza i Dagmary. Jest to sytuacja dramatyczna. W podobnych okolicznościach znalazł się niegdyś Plotyn; nie mógł pogodzić się z faktem, że ma ciało, wstydził się tego, że owe ciało posiada. W „Loqueli” wiele razy pojawiają się elementy erotyczne, ale doznania płynące ze sfery seksualnej jakby rozmywają się w tęsknocie za czymś innym, za miłością pozazmysłową, mistyczną.

Recenzja dostępna na stronie www.free.art.pl