Jakub Winiarski: W recenzji z Pani „Ducha powierzchni” Michał Paweł Markowski stwierdził na łamach „Literatury na Świecie” (9-10/2005), że interesuje go „postać, której głos jest na tyle mocny, byśmy nie udawali dłużej, że po tej książce nic się w polskiej humanistyce nie zmieniło.” Chciałbym w związku z tą niezwykle pochlebną opinią zapytać Panią: czy ma Pani wrażenie, że istotnie Pani książka coś w polskiej humanistyce zmieniła, a jeśli tak, to na czym miałaby polegać owa zmiana? Oraz: jak to jest być postacią, która „głos ma na tyle mocny…” – jak Pani czuje się, gdy jest Pani definiowana w ten sposób?
Agata Bielik-Robson: Odczuwam pewien drobny dyskomfort w związku z recenzją Michała, zresztą dałam temu wyraz w odpowiedzi publikowanej w kolejnym numerze „Literatury na świecie”. Miałam wrażenie, że rzeczywiście, w deklaracji, ta recenzja jest pochlebna, natomiast kiedy już dochodzi do szczegółów i kiedy Michał umieszcza mnie na tle polskiej filozofii, to naraz jego pochwała staje się bardzo relatywna. A to dlatego że – jak zresztą słusznie zauważa – osiągnięcia polskiej filozofii na polu konfrontacji z literaturą są raczej marne. I cała ta pochwała sprowadza się wówczas do tego, że ja jestem jednym z tych filozofów, których skądinąd należy pochwalić, bo przynajmniej podjęli próbę poważniejszego zajęcia się literaturą, ale i tak, koniec końców, niezbyt udaną. Dlaczego? Bo filozof we mnie zwyciężył, a tym samym oddaliłam się od właściwego żywiołu literatury, który jest żywiołem życia – mówi Michał. Ja, jako filozof właśnie, bronię się przed życiem konceptami, i w związku z tym nie mam do niego dostępu. Jako filozof, jestem beznadziejnie neurotyczna: chciałabym zanurzyć się w życiu, ale się boję, więc salwuję się kategoriami intelektu. Dlatego też od razu podjęłam wyzwanie i odpowiedziałam, że cała ta idea – z jednej strony filozofii neurotycznie oddzielonej od życia, z drugiej zaś literatury odważnie zanurzającej się w nurt życia – jest strasznie banalna i w gruncie rzeczy nie do utrzymania. Tam, gdzie jest język, od razu pojawia się zapośredniczenie: można się tylko spierać o rodzaj mediacji. Ani filozofia, ani literatura nie mają dostępu do czystego życia i jest absurdem budować hierarchię opartą na takim kryterium.
J.W.: A jak to jest z tym byciem „mocnym głosem?
A.B-R.: Nie mnie to oceniać. To znaczy, oczywiście, bardzo cieszę się, że mój „głos” został doceniony, ale nie wiem, czy mnie samej tak bardzo na tym zależało. Czytaj dalej »