Detektyw w roli Guliwera (Siergiej Łukjanienko, „Spektrum”)

Autor admin


„Spektrum” Siergieja Łukjanienki w znakomity sposób łączy w sobie wątek powieści detektywistycznej z literaturą podróżniczą w stylu „Podróży Guliwera”, czy „Dzienników gwiazdowych”. Czytaj dalej »

Ze światła w ciemność (Michael Marcus Thurner, „Podróż Turila”)

Autor admin


1.
Mężczyzna wracający późno z imprezy chciał sobie skrócić drogę, więc poszedł przez cmentarz. Nagle zobaczył grabarza kopiącego grób. Podkradł się cicho, stanął za grabarzem i wrzasnął: „Uhu! Aaaaa!” Czytaj dalej »

Fantastyka ważniejsza niż myślisz (Dominika Oramus, „O pomieszaniu gatunków. Science fiction a postmodernizm”)

Autor admin


Przeciętnemu sympatykowi SF, horroru czy fantasy nie przyjdzie raczej do głowy zastanawianie się nad wartością kulturotwórczą takiego, dajmy na to, „Star Treka”. Czytaj dalej »

Excalibur jest mitem, Szczerbiec faktem – kiepski marketing mamy, ot co! (Z Tomaszem Bochińskim rozmawia Jakub Winiarski)

Autor admin

Jakub Winiarski: Tomku, jak długo trwa twoja przygoda z fantastyką? Jak to się dla ciebie zaczęło?

Tomasz Bochiński: Zaczęło sie dawno, tak dawno, że na świecie z pewnością wciąż harcowały mamuty. A serio było to jeszcze przed lądowaniem ludzi na Księżycu. Miałem lat dziewięć a Ojciec, który był uwielbiał fantastykę, na moje nagabywania o ilustracje w jednym opasłym tomisku wreszcie polecił mi, bym sam sprawdził, jak to się dzieje, że „ta pani lata w kosmosie bez rakiety”. Sprawdziłem. Dotąd czytałem wyłącznie książeczki z serii:  „Poczytaj mi Mamo”, teraz pochłonąłem prawie półtora tysiąca stron trylogii Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki. I od tamtej pory zostałem skazany na fantastykę. Dalsza część przygody nastąpiła rok później gdy po lekturze opowiadań Lema „Albatros” i „Terminus’ postanowiłem też napisać opowieść przedstawiającą mroczne przygody astronautów. A potem już poszło z górki. Drobne dziesięć tysięcy stron zapisane i trzecia nagroda PSMF w konkursie literackim, w którym brało udział dwustu autorów. I wreszcie debiut w TS „Politechnik” w roku 1985 dzięki Maćkowi Parowskiemu. To już ćwierć wieku.

J.W.: Czy jakieś wydarzenie w ciągu tego ćwierćwiecza było przełomowe, najistotniejsze z perspektywy czasu? Czytaj dalej »

Wehikuł czasoprzestrzeni („Tempus fugit”)

Autor admin


Na stronach zamieszczonego w pierwszym tomie antologii „Tempus fugit” opowiadania „Załatwiaczka” Mileny Wójtowicz padają znamienne słowa (jest to charakterystyka jednego z bohaterów, czarodzieja o swojskim imieniu Jacek): „Nie znał się na maszynach czasu, właściwie to od fizyki bolała go głowa. Lubił magię i marketing.” I, myślę sobie, nie ma się co oszukiwać: ponieważ z klasyczną, twardą SF sprawa od jakiegoś czasu wygląda w Polsce tak, jak wygląda, poniekąd wszyscy jesteśmy w sytuacji owego Jacka: od fizyki głowa nas boli i na pewno wolimy magię (co do marketingu zdania są jednak podzielone). Czytaj dalej »

Z niejednego gardła krew piłem (rozmowa z Januszem Rudnickim)

Autor admin

Jakub Winiarski: Co to znaczy pisać „z lekko zjeżoną sierścią”?

Janusz Rudnicki: Pisać w stanie podwyższonej gotowości. Czyhać. Na coś, co się w trakcie pisania wydarzy. Jeśli tak, to skoczyć temu do gardła. Ja już z niejednego gardła krew piłem.

J.W.: A jeśli nie?

J.R.: Co, jeśli nie?

J.W.: Jeśli się nic nie wydarzy.

J.R.: To skoczyć do gardła sobie samemu. Też mi się zdarzało…

J.W.: Przyjemność porównywalna, jak przy skoku do cudzego gardła, czy zupełnie inna?

J.R.: Inna, jakżeby inaczej. Zapach śliny mamy czuć, na chusteczce, którą wycierała mi twarz. Smród z kominów w Azotach i Blachowni czuć. Stan wody w Zawichoście słychać, z głośnika na ścianie. Ohydny smak tranu czuć. Leci pierwsza krew z kolana, widać nieszczęsnego ojca w trumnie. I tak dalej.

J.W.: Inna pańska autodefinicja: „dyrektor jednoosobowego cyrku”. Chodzi o pokazywanie sztuczek z połykaniem ognia? Chodzenie po linie na dużej wysokości bez siatki zabezpieczającej? Czy może tresurę zwierząt, kryjących się między myślami?

J.R.: O sztuczki z połykaniem piętrzących się sytuacji. O chodzenie na linie zawieszonej nad terrorem dnia powszedniego. A te zwierzęta i myśli to niezłe.

J.W.: E, tam. Tak mi się powiedziało. Ale idźmy dalej po ostrzu cyrkowej metafory. Woli pan pracę na scenie, w świetle jupiterów, czy w zaciszu dyrektorskiego gabinetu? Czytaj dalej »

Schulz, Lovecraft i Eco (Victoria Nelson, „Sekretne życie lalek”)

Autor admin

Eseistyki poważnie zgłębiającej świat science fiction, horroru, fantasy, i analizującej dogłębnie to, co przez mainstreamową kulturę wysoką zepchnięte zostało w strefę niewidzialności czy wręcz niebytu – na półkach polskich księgarń – jak na lekarstwo. Kiedyś Lem taką pisywał, ale to było dawno. Czytaj dalej »

Chyba rzeczywiście jestem lirykiem (rozmowa z Marcinem Przybyłkiem)

Autor admin

Jakub Winiarski: Skąd pomysł na gierczanego detektywa? Jak stwarza się takiego bohatera?

Marcin Przybyłek: Peter Gabriel w piosence „Fourteen black paintings” śpiewa: „from the pain come the dream, from the dream come the vision…”. Na razie nie będę cytował dalszych słów tego utworu, może przydadzą się jeszcze gdzieś w rozmowie. Fragment ten interpretuję tak, że z bólu i tęsknoty rodzi się marzenie, a ono z czasem krystalizuje w wizję. Przez wiele lat byłem miłośnikiem gier komputerowych (nadal grywam, ale już nie z taką intensywnością). Współpracując ze „Światem Gier Komputerowych” starałem się, w anegdotach Grao Story, pokazać, że gry są czymś więcej niż tylko płytką rozrywką. W ŚGK panował ruch intelektualny, którego celem była dyskusja o grach jako cząstce kultury, która to cząstka nie tylko jest ważna, ale za jakiś czas stanie się bodaj najważniejszą. Grao Story wpisywało się w tę dyskusję: Grao-tsy Łinkomande rozmawiał z Kompucjuszem Diuknukiem o grach na sposób psychologiczny, filozoficzny, humorystyczny. Towarzyszyło im dwóch akolitów: Dżoj-sti Bald i Mish-kha Conq, którzy zadawali czasami niewygodne, a czasami inspirujące pytania. Napisałem tych małych form około pięciuset. Szkoda, że pismo padło, bo w przeciwieństwie do tego, co zostało, starało się kreować myśl: nie bało się pobudzających do refleksji felietonów, przekrojowych artykułów. Gdy jeszcze istniało, stwierdziłem, że potrzebuję czegoś więcej, nie tylko Grao Story. Potrzebuję bohatera („I need a hero”), który będzie pogłębiał tematykę gier, a jednocześnie ją przekraczał. Uśmiecham się czytając „I need a hero”, bo uświadomiłem sobie, że słowa piosenki Bonnie Tyler mogą dotyczyć nie tylko bohatera zewnętrznego, ale też wewnętrznego. Czytaj dalej »

Przyszłość fantastyki jest w naszych rękach (rozmowa z Pawłem Matuszkiem, Maciejem Parowskim i Jerzym Rzymowskim)

Autor admin

Jakub Winiarski: Jakie błędy najczęściej popełniają ci, którzy nadsyłają wam swoje maszynopisy, licząc na druk w „Nowej Fantastyce”?

Maciej Parowski: Wrestling literacki. Federacja suwerennych akapitów… Chodzi o wielosłowie, niewiedzę co i komu się opowiada, o prozatorskie stęknięcia, literackie tiki, niepotrzebne zaimki, streszczenia własnych konkluzji sprzed paru akapitów i nieznośny autystyczny timing – bohater zamiast zwyczajnie WYJŚĆ, musi to najpierw postanowić, ruszyć do drzwi, dojść, położyć rękę na klamce, nacisnąć, otworzyć, przekroczyć próg, a UPRZEDNIO OTWORZONE DRZWI zatrzaśnie WŁAŚNIE ZACZYNAJĄCY WIAĆ WIATR. Irzykowski kpił z tego w „X Muzie” przy okazji polskich scenariuszy filmowych, nazywając rzecz protokolaryzmem. Wycinam też gramatyczną nadobecność pierwszej osoby, autor nie potrafi napisać, że padał deszcz, musi być ZOBACZYŁEM, ŻE PADA… NA MNIE… Wycinam środowiskowe klisze. W marnej fantastyce piwa nazywane są cieczą, a dodatkowo dzieli się je na KOLEJNE  i NIEDOPITE… Wypowiedziałem temu małą wojnę.

Jerzy Rzymowski: Mało zajmuję się nadsyłanymi opowiadaniami; prowadzę dział publicystyki. Opierając się na tym, co nadesłano na konkurs literacki, powiedziałbym, że najczęstszym błędem było samo przysłanie czegoś, czego na zdrowy rozsądek nie należałoby pokazywać na oczy nikomu, a tym bardziej jurorom konkursu literackiego. Teksty pisane bez przemyślenia treści i formy, tworzone jakby w pośpiechu, niestarannie, powierzchownie. Nafaszerowane błędami ortograficznymi, gramatycznymi, stylistycznymi, merytorycznymi i logicznymi. Wyważające otwarte drzwi, schematyczne, pozbawione cienia oryginalnej myśli, często będące słabymi kopiami idoli, próbami wiernopoddańczego naśladownictwa. Jest różnica między odwagą pokazania drugiej osobie swych literackich próbek (to nie musi wcale być łatwe, wiem), a bezczelnym wciskaniem kitu i brakiem samokrytyki. Podobnie jak w telewizyjnym „Mam talent”. Czytaj dalej »

Autor po napisaniu książki powinien się zastrzelić (rozmowa z Jackiem Dukajem)

Autor admin

Jakub Winiarski: Powiedziałeś kiedyś: „Nie lubię mówić o pisaniu, ani prezentować się jako pisarz; jeśli posiadam w ogóle jakiś talent, z pewnością nie jest to talent medialny.” Co to znaczy według Ciebie, który na pewno pisarzem jesteś, „prezentować się jako pisarz”? I co Cię w takim prezentowaniu się drażni?

Jacek Dukaj: Właściwie są dwie przyczyny tej niechęci. Pierwsza, powiedzmy, „prywatna”, jest taka, że bynajmniej nie wychowałem się w kulcie pióra i papieru. Rozumiało się samo przez się: inżynier, handlowiec, elektryk – to są zawody. Pisaniem zajmują się postaci niedorosłe, niepoważne – „prawdziwe życie” to etat i spracowane ręce. A druga przyczyna istotnie wynika ze sposobu, w jaki pisarze funkcjonują w polskiej rzeczywistości medialnej. Upraszczając: są u nas dwa rodzaje pisarzy: ci, którzy piszą książki, i ci, którzy występują pod etykietką „pisarza”. Zbiory się przecinają, ale ich część wspólna wcale nie jest tak duża. Zauważ, że sam też pytasz mnie nie o to, co piszę, ale o to, co inni lub sam już wcześniej o tym pisaniu powiedziałem. Obraz odbity silniejszy jest od oryginalnego. A ja po prostu uważam, że pisarz ma tylko jedną powinność: pisać; reszta – do pewnego stopnia także takie wywiady – to rytuały towarzyskie i zabawy ego. Niestety, w Polsce nadal pokutuje mit pisarza jako kogoś obdarzonego zgoła wieszczą mądrością. Tymczasem pisarze są zazwyczaj znacznie mniej interesujący od swoich dzieł – w końcu destylują w nie miesiącami to, co mieli w głowach najlepszego. Powtarzam często, że autor po napisaniu książki powinien się zastrzelić: nie jest już do niczego potrzebny. Być może gdyby odmiennie rozłożyły się we mnie zdolności, inaczej bym to widział. Tymczasem, mówiąc Kawafisem, pilnuję raczej, żeby się „nie upodlić w ciągłym ze światem obcowaniu, w bieganiu i gadaniu”. Aż nazbyt wiele mamy talentów, które się tak „rozpuściły w świecie”. Czytaj dalej »