Byłem smutnym bucem (Rozmowa z Łukaszem Orbitowskim)

Autor admin

Jakub Winiarski: Wydajesz się być zapracowany. A jeszcze wziąłeś sobie na kark pisanie powieści w odcinkach. Skąd pomysł na „Warszawiaków”? I czemu dajesz to na stronę „Ha!artu”,  a nie do zwykłej gazety?

Łukasz Orbitowski: Nie przesadzajmy z tym zapracowaniem, nie piszę po godzinach, to moje główne zajęcie i bardzo się pilnuję, żeby mieć oddech, ale i znaleźć czas na rzeczy różne. „Warszawiacy” chodzą mi po głowie gdzieś tak rok z kawałkiem, tylko nie miałem pojęcia co z tym zrobić, jak ugryźć ten pomysł. Bo na normalną powieść, nie bardzo, nie czułbym takiego pisania. Więc ta idea leżała w towarzystwie innych, które leżą sobie dalej. Zdarzyła się okazja, konkretnie miała twarz Piotrka Mareckiego z Ha!artu i przyniosła też ze sobą portfel, który zaraz zabrałem. Musiałem tylko wymyślić jakiś tytuł i znów chyba wyszło. Wracałem sobie do domu i jak głupi powtarzałem pod nosem „Warszawiacy”, „Warszawiacy”, cały zadowolony. Ha!art dał pewność, że rzecz zostanie doprowadzona do końca. Wiesz, z gazetami bywa różnie. Trzeba sprofilować numer, wejdą jakieś reklamy i książkę zdejmujemy. Takie jest życie, nie ma co się złościć, zresztą, żaden dziennik, tygodnik nie zameldował się u mnie. Ta sytuacja zresztą dość dobrze oddaje mój sposób pracy. Nie szukam, nie kombinuję. Życie przynosi pomysły, jak i zatrudnienie. Czytaj dalej »

Nie jest aż tak czarno (rozmowa z Genowefą Jakubowską-Fijałkowską)

Autor admin

Jakub Winiarski: Odpowiadając na moja prośbę o wywiad, na marginesie dodałaś: „w listopadzie wpadnę do Chile”? Co to za pomysł, Galu?

Genowefa Jakubowska-Fijałkowska: Po prostu kolejna podróż. Teraz mówię, że na koniec świata, choć koniec świata nie jest na końcu świata. Kocham czekać na podróż, być w podróży i wracać. Trochę ubolewam, że nie stać mnie (nie chodzi o pieniądze, ale o szaleństwo, odwagę, determinację) na podróżowanie w stylu Bartka Majzla, jest teraz w Ghanie albo w Togo (też byłam) i trochę irytuje mnie, gdy oprócz „poetki” pojawia się „podróżniczka”.

J.W.: A czy to nie jest tak, że podróżowanie stało się powszechnie dostępną formą ucieczki i że nie trzeba szaleństwa, bo jest rzeczą banalną, przy braku funduszy, wziąć urlop z pracy, wybrać z bogatej oferty turystycznej i jechać? Co jest takiego w podróżowaniu, że to robisz? Czytaj dalej »

O poezji J.M. (Jacek Mączka, „już raz niosłeś tę opowieść” i „pomyśleć przedświt”)

Autor admin

1.
„Żyje w nas samotne – pisał Gombrowicz w „Dzienniku” – samopoczucie Adama. Nasza filozofia jest filozofią Adamów. Sztuka jest sztuką Adamów. Dwie rzeczy mnie zdumiewają, gdy się zastanawiam, jak człowiek się wyraził dotąd w sztuce: że ta wypowiedź nie rozpadła mu się na dwie fazy, będące fazami jego życia, wstępującą (młodość) i zstępującą; że nie została dość nasycona ilością. Powiecie: w iluż powieściach, filmach, poematach, symfoniach nawet i obrazach, pojawia się żywioł ludzki, masa. Epika! Tak, to się zdarza sztuce, nie jest też nieznane socjologii, psychologii, ale to opis, dokonany z zewnątrz – opisuje się stado ludzkie, jak każde inne stado. Mnie nie wystarcza, że Homer lub Zola będą opiewali, opisywali masę; ani że Marks ją zanalizuje; chciałbym, aby w samym ich głosie pojawiło się coś, co by mi pozwoliło wiedzieć, że jeden był jednym z tysięcy, a drugi jednym z milionów. Chciałbym ich widzieć przenikniętych ilością aż do rdzenia.” Czytaj dalej »

Red (2/grudzień ‘09/styczeń ‘10). Tematy: „Zgroza, zgroza; Spożywczy; ‘39”.

Autor admin

We wstępniaku Radosław Wiśniewski i Sławomir Kuźnicki tak podsumowują dotychczasową działalność pisma: „Przez trzy lata ukazało się dziesięć numerów, z czego łatwo wyliczyć, że jesteśmy raczej typowym polskim, literackim kwartalnikiem ukazującym się, jak nazwa wskazuje, dwa-trzy razy w roku. Czytaj dalej »

„Literatura na świecie” (9-10/2009). Temat: „Walter Pater, Yeats i dekadenci”

Autor admin

Powinienem zacząć od Patera, ale wolę anegdotę z „Tragicznego pokolenia” W.B. Yeatsa: „Mathews nie może opędzić się od dam, które poszukują duchowej porady, a jedna z nich prosi o pomoc, bo dręczą ją zjawy, które mają postać rozkładających się zwłok i usiłują w nocy wejść do jej łóżka. Mathews pozbywa się kobiety przy pomocy jednej uwagi: „Bardzo zły gust po obu stronach.”” Czytaj dalej »

Tajemnice czasu (Jacek Dehnel, „Wiersze (1999-2004)”)

Autor admin

Poezja Jacka Dehnela – a przynajmniej wiersze do tej pory przez niego napisane – najmocniej chyba stawia pytanie o czas. Czytaj dalej »

Philip Larkin

Autor admin

Rozmowa w łóżku (przeł. J. Dehnel)

Rozmowa w łóżku ma być z tych najprostszych,
Leżenie obok siebie to zwyczaj tak dawny,
Emblemat wzajemnej dwóch osób szczerości.

A jednak coraz więcej czasu w ciszy mija.
Na dworze wiatr próbuje po niebie rozproszyć
Chmury, lub, w niepokojach zmienny, w kłąb je zbija,

Piętrzą się ciemne miasta po horyzont. O nas
Nic nie dba, nie wyjaśni, czemu w rzadkich chwilach,
Gdy samotność zostaje wreszcie oddalona,

Coraz trudniej i trudniej przychodzi znajdywać
Słowa, jeśli nie naraz czułe i prawdziwe,
To chociaż nie nieczułe i nie nieprawdziwe.

Wysokie okna (przeł. J. Jarniewicz)

Kiedy widzę parę szczeniaków
I wiem, że on ją pierdoli, a ona
Bierze pigułki lub wkłada sobie kapturek,
Jestem pewien, że to właśnie jest raj,
O jakim każdy staruch marzył całe życie –
Więzy i gesty zepchnięte na bok
Jak przestarzała żniwiarka,
A wszyscy młodzi w dół lecą na długiej zjeżdżalni
Do szczęścia, bez końca. Ciekawe, czy
Ktoś patrząc na mnie czterdzieści lat temu
Pomyślał sobie: „Ten to będzie miał życie,
Żadnego tam Boga, ani lęku w ciemnościach
Przed piekłem, ani ukrywania,
Co sądzi się o księdzu. On
I jemu podobni polecą wszyscy w dół na długiej zjeżdżalni
Jak wolne, sakramenckie ptaki.” I wtedy natychmiast
Szybciej niż słowa zjawia się myśl o wysokich oknach:
Szkło, co pojmuje słońce,
A za szkłem głębia błękitu, która mówi
O niczym, i jest nigdzie, i jest bez końca.

Alba (przeł. S. Barańczak)

Tyram cały dzień, potem piję, żeby zasnąć.
O czwartej budzę się w bezgłośny mrok i patrzę.
Za jakiś czas firanki ponakłuwa jasność.
Na razie widzę to, co jest właściwie zawsze:
Nieznającą spoczynku śmierć, w tej chwili bliższą
O cały jeden dzień, śmierć, która poza myślą
O tym, jak, gdzie i kiedy będę sam umierał.
Nie pozwala na inne. Jałowe pytania,
Lecz groza śmierci, groza umierania
Ciągle na nowo błyska, dech w piersi zapiera.

Oślepia myśli ten błysk. Wyrzuty sumienia?
Nie, rzecz nie w żalu, że się wyrządziło mało
Dobra, skąpiło się komuś serca, bez zmrużenia
Oka trwoniło czas – i nie w tym, że się miało
Jedno życie, a całe zeszło na naprawach
Błędnych początków; nie to; raczej – ta jaskrawa
Pewność zupełnej pustki, tam, u kresu zniszczeń
I zniedołężnień: to, że tak totalnie człowiek
Nieobecnieje – tutaj, tam, gdziekolwiek -
I już wkrótce; nic nie jest straszliwsze, prawdziwsze.

Nie ma magicznych sztuczek, które by rozwiały
Ten jeden strach. Religia wmawiała jak mogła -
Rozsnuwając zmurszałe brokaty, chorały -
Że wcale nie umrzemy, a cała rzecz w modłach;
Z drugiej strony – ta słuszna na oko piosenka:

„Kto myśli racjonalnie, nie może się lękać
Czegoś, czego i tak nie będzie czuł” – jak gdyby
Brak dźwięku, woni, smaku, kontaktu, nadziei -
Narkoza, z której się nie przytomnieje -
Nie był właśnie istotą całej tej ohydy!

I tak to trwa, na samym skraju naszej wizji:
Rozmazana, nieostra plamka, która zwarzy
Chłodem każdy nasz impuls, zmrozi w brak decyzji.
Większość rzeczy nie zdarza się: lecz ta się zdarzy,
I zdanie sobie z tego sprawy jest tym ogniem,
Który buzuje w piecu naszych osamotnień,
Gdzie zmory widzi każdy, abstynent czy opój.
Nie straszyć innych – tyle znaczy odwaga.
Tobie – uniknąć grobu nie pomaga:
Śmierć jest śmiercią, czy skomlesz, czy stawiasz jej opór.

Zwolna wzmacnia się światło, pokój wyraźnieje.
To, co wiemy, co zawsze wiedzieliśmy, stoi
Przed oczami jak szafa: że nie ma nadziei
Ucieczki. Nikt nie przyjmuje tego jako swojej
Prawdy. Lecz będzie musiał. Tymczasem w uśpionych
Biurach przysiadły już do skoku telefony
I świat, ten wynajęty, zawiły kłąb zdarzeń
Ruszy zaraz, nie dbając, że kogoś z nas straci.
Niebo jest białe jak glina. Do pracy.
Listonosze już krążą jak czujni lekarze.

Alba (przeł. J. Dehnel)

Przez cały dzień pracuję, popijam nocami.
Obudzony w bezgłośnej ciemności o czwartej -
Gapię się. Zanim brzegi zasłon blask rozpali,
Widzę tę, która zawsze tam jest, tak naprawdę:
Niestrudzoną śmierć, teraz o cały dzień bliższą,
Co każdą myśl – prócz tej jednej – czyni niemożliwą:
Kiedy i w jaki sposób umrę. Swoją drogą,
Jałowe roztrząsanie: a jednak obawy
Przed śmiercią, byciem zmarłym,
Błyskają znowu, łapią i przejmują trwogą.

Ten blask poraża myśli. Nie głosem sumienia -
Że uczucia nie dane, że czas przebimbany,
Dobro niewyrządzone – ani biadoleniem
Żeś tyle sobie życia zmarnował, szmat cały,
Chcąc naprawiać początki, chociaż już ich raczej
Nie naprawisz; lecz pustką totalną, na zawsze,
Nieuchronnym wymarciem – to właśnie do niego
Podróżujemy, żeby zniknąć. Nie być tutaj,
Nie być nigdzie. Posłuchaj:
Nic bardziej straszliwego, bardziej prawdziwego.

Żaden trick nie rozproszy tej odmiany strachu.
Próbowała już kiedyś religia, ten bezmiar
Muzycznego, zżartego przez mole brokatu,
Stworzony by udawać, że nikt nie umiera,
I gładkie słówka: czemu człowiek racjonalny
Ma bać się rzeczy której nie poczuje?, jakbyś
Nie tego bał się: braku wzroku, słuchu, czucia
Smaku, zapachu, mózgu do myślenia, czegoś
Do kochania, bliskiego;
Narkozy, z której nikt z nas już się nie obudzi.

I tak na samym brzegu widzenia zostaje
Mała, rozmyta plamka, ten chłód, co nasz każdy
Impuls spowalnia aż po niezdecydowanie.
Większość rzeczy nie zdarza się – lecz ta się zdarzy,
A zrozumienie tego dzikie rozpala płomienie
W piecu trwogi, gdzie nagle jesteśmy schwyceni,
Bez ludzi i bez drinków. I na nic odwaga:
Oznacza niestraszenie innych.  Bycie mężnym
Przed grobem nie ocali.
Śmierć jest ta sama – chcesz jej, czy się przed nią wzdragasz.

Światło coraz mocniejsze, pokój kształt przybiera.
Wielkie jak szafa stoi to, co wiemy, co też
Wiedzieliśmy od zawsze; uciec mu się nie da,
Lecz nie sposób go przyjąć. Któreś musi odejść.
Telefony warują, już by dzwonić chciały
W zamkniętych na klucz biurach; i cały niedbały,
Misterny, wynajęty świat wnet się ukaże.
Niebo białe jak glina, słońca na nim nie ma.
Jest praca do zrobienia.
Listonosze po domach chodzą, jak lekarze.

Ten stary szelma, Larkin (Rozmowa z Jackiem Dehnelem i Jerzym Jarniewiczem)

Autor admin

Jakub Winiarski: Obaj tłumaczyliście Larkina, obaj napisaliście o nim dłuższe teksty, ty, Jacku, pracę magisterską, Jerzy zaś książkę o „odsłuchiwaniu wierszy” Larkina, ale ja chciałbym tę naszą rozmowę zacząć nie od pytania o wasze związki z Larkinem, do czego zaraz przejdziemy, lecz od kwestii, jak myślę, dość prowokacyjnej. Chciałbym was mianowicie spytać, czym jest poezja, która nie ocala narodów ani ludzi? Albo, inaczej rzecz ujmując, jakie dla czytelnika współczesnego i przyszłego pożytki z poety tak posępnego jak Philip Larkin?

Jerzy Jarniewicz: Bardzo wysokim tonem zacząłeś, Jakubie. Tonem, który doprasza się albo kontynuacji w tym samym rejestrze (na przykład: każdy dobry wiersz ocala przez sam fakt, że istnieje), albo ironicznego podcięcia (jak to nie ocala, skoro ocala, bo sam widziałem, jak ocala, a poeta pamięta?). Wybiorę trzecią drogę i unieważnię pytanie. Ale to tylko pół problemu. Bowiem twoje drugie pytanie, wbrew temu, co mówisz, wcale nie ujmuje inaczej tej samej rzeczy, ale podrzuca nam kukułcze jajo: założenie, że Larkin jest poetą posępnym. A w określeniu tym słyszę echo wiersza Miłosza, „Przeciwko poezji Filipa Larkina”, w którym Miłosz nazwał Larkina „żałobnym poetą”. Zauważ, że o ile poeci, od Sidneya do Shelleya, brali poezję w obronę, o tyle Miłosz pisze „przeciwko poezji”. Ale to na marginesie. U Miłosza epitet „żałobny”, bliski przecież twojej „posępności”, ma dyskredytować poetę. Ale w przypadku Larkina taka kategoryzacja jego wierszy jest po prostu błędna. Trudno czytać Larkina, nie dostrzegając jego poczucia humoru, które przejawia się nawet w najmniej oczekiwanych miejscach, jak choćby w pierwszych strofach medytacyjnego „Chodzenia do kościoła”. Gdzie znajdziesz większą błazenadę? Nie twierdzę, że u Larkina smutku nie ma, ale nie można sprowadzić tej twórczości do tego jednego wymiaru, gdyż Larkinowski smutek (a może precyzyjniej: melancholia, bo to poczucie straty przenika wiele z jego wierszy) znajduje dopełnienie w komizmie, ironii, absurdzie, grotesce, czułości, gniewie, które bez trudu znajdziemy w jego poezji. Powiem wbrew temu, co się zazwyczaj o Larkinie mówi: to poezja wyjątkowo szerokiej amplitudy. A jeśli tak jest, to chyba masz odpowiedź na swoje pytanie, dlaczego warto go czytać.

Jacek Dehnel: Nie ocala? Dla mnie to jest bardzo ocalająca poezja. Może nie z narodami, sztandarami i urnami dziewic-bohaterów, raczej bliżej brzydkiego kaczątka, jakim jest homo sapiens. U Larkina jest tyle współczucia dla człowieka jako istoty nieudanej! Czytaj dalej »