Autor admin

Listopad 1879. Emerytowany komisarz Emanuel Henzelmann jedzie do zakładu fotograficznego, by dowiedzieć się czegoś o tajemniczej, gadziej postaci uwiecznionej na zdjęciu. Sfotografowany pokurcz łączy się w umyśle komisarza z człekojaszczurem z Glasgow, człekoćmą z Manchesteru, człowiekiem kozłem, człowiekiem molem, człowiekiem sową, oraz stworzeniem, które widziano w Cavan. Czytaj dalej »
Autor admin

To bez wątpienia najłatwiejsza w lekturze książka Umberto Eco, co wcale nie znaczy, że najpłytsza. Problem, który tym razem wziął na warsztat słynny profesor Eco, jest problemem niezwykle istotnym i dotykającym każdego: chodzi o pamięć i wspominanie. Czytaj dalej »
Autor admin
1.
Ken Follet w wywiadzie „Im groźniej, tym lepiej”, na pytanie „Frankfurter Rundschau” o tę własną książkę, która najlepiej nadawałby się do ekranizacji, odpowiedział bez chwili wahania: „Zamieć” – bo głównym bohaterem w gruncie rzeczy jest tu dom. Domy znakomicie oswajają widzów z akcją. Ich architektura jest jak system nerwowy, ich pokoje są jak narządy wewnętrzne. Tam po prostu jest życie. („FR” z dn. 24.01.2010, przedruk: „Forum” 8/2010.) Zdanie o architekturze będącej „jak system nerwowy” i pokojach „jak narządy wewnętrzne”, wygląda na pierwszy rzut oka niby metafora tyleż efektowna, co wydumana. Ale to tylko – na pierwszy rzut oka. W istocie Follet mówi o dobrym umiejscowieniu akcji i wszystkim tym, co nazwać trzeba dekoracjami, więcej niż setki stron podręczników kreatywnego pisania. Przede wszystkim: to wielka prawda, że domy znakomicie oswajają z akcją. To prawda, której potwierdzeniem może być choćby fenomen ekranizacji książek Iry Levina. Powieści takich, jak „Dziecko Rosemary” czy Sliver”, w których domy właśnie, Bramford i Sliver, są bohaterami, a nie tylko miejscem akcji, nie można sobie wręcz wyobrazić bez kunsztownych, zegarmistrzowskich, jak je nazywa Stephen King, mający wielki szacunek dla Iry Levina, opisów. Czytaj dalej »
Autor admin

Eseistyki poważnie zgłębiającej świat science fiction, horroru, fantasy, i analizującej dogłębnie to, co przez mainstreamową kulturę wysoką zepchnięte zostało w strefę niewidzialności czy wręcz niebytu – na półkach polskich księgarń – jak na lekarstwo. Kiedyś Lem taką pisywał, ale to było dawno. Czytaj dalej »
Autor admin
Jakub Winiarski: Przypomnijmy może na początek Twoje dokonania: dwa zbiory wierszy, publikacja bajki dla dzieci, tłumaczenie wyboru „Sonetów” Petrarki, całej „Boskiej Komedii” Dantego, oraz „Historii piękna” Umberto Eco, a do tego jeszcze rewelacyjna praca „Dante romantyków” – i pewnie setka innych prac, których się podejmujesz i których efekty niebawem będziemy mogli podziwiać. Kim zatem jesteś? Kim się czujesz najbardziej? Poetką? Tłumaczką? Nauczycielką akademicką równym tempem zmierzającą do nieuniknionej profesury? Jak lubisz postrzegać samą siebie?
Agnieszka Kuciak: Zróbmy w tym mały porządek. „Dante romantyków” był w ramach obowiązków (to mój doktorat). „Historię piękna” tłumaczyłam, pod koniec już z nienawiścią, na zamówienie. Parę sonetów Petrarki przełożyłam w ramach zimowej terapii (co nie znaczy, że bez przyjemności) a potem zamówiła więcej Zielona Sowa. Tak naprawdę więc moje są tylko: „Boska Komedia”, parę wierszyków, jedna książka dla dzieci. Wielu absolwentów polonistyki ma w szufladzie o wiele więcej i z nimi właściwie być powinien ten wywiad… A pytanie „kim jesteś” uważam za zgoła chybione. W dzieciństwie i trochę później chciałam być (wymieniam w kolejności chronologicznej): krakowianką, odkrywcą biegunów, damą, malarką i świętą, pisarką, maklerem giełdowym, tą, która przepłynie La Manche, architektem, a potem pianistką, projektantem wnętrz i jeszcze kimś bardzo ważnym (to moja mała tajemnica) i pewnie – jakieś sto lat temu, gdzieś na prowincji byłoby to na jakiś domorosły sposób na raz możliwe. A dziś – trochę głupio w czasach feminizmu i uzawodowienia. Ale są wakacje – jestem sobą. Czytaj dalej »
Autor admin
Wywiad do „Reda” (2/2007). Rozmawia Radosław Wiśniewski
Radosław Wiśniewski: Jesteś znany jako autor dwóch książek prozatorskich i dwóch poetyckich, które jakby chowasz pod obrusem i starannie podkreślasz swoją rozdzielność oraz dystans do tamtych dokonań. Dlaczego?
Jakub Winiarski: Czy jestem znany, nie wiem. Tam, gdzie mieszkam, nikt mnie nie zaczepia, palcem nie wytyka, o autograf nie prosi, więc chyba na razie znany nie jestem. Ale faktycznie piszę prozę, czasem bywam też tak zwanym poetą – i w tych branżach ktoś pewnie o mnie słyszał. Czemu przy tym te dziedziny – prozę i poezję – rozdzielam i rozdzielność ich specjalnie jeszcze w moim przypadku podkreślam? Rzecz jest trywialna. Moje wczesne wcielenie liryczne, którym czas jakiś swobodnie dysponowałem, żyło mniej więcej od szesnastego do dwudziestego czwartego roku mojego życia. Żyło, miało się nieźle, dobrze żarło i – jak mówi trywialne powiedzonko – zdechło. Nie potrafię w tej chwili ocenić, czy liryzm wyczerpał mi się wraz z nadwyżką hormonów, czy też w chwili, gdy zrozumiałem, że osiągnąłem dość nieprzyjemny, jak o nim trochę pomyśleć, tak zwany poziom drukowalności. To był ten moment, kiedy w zasadzie większość tego, co napisałem wierszem, miało szansę znaleźć sobie miejsce na takich czy innych łamach – bardzo zły moment. Czytaj dalej »